Duszą się, głodują i odwadniają. Czy Wrocław przymyka oko na łamanie prawa?

makamuki0/Pixabay

Problem dotyczy całego kraju, jednak warto przyjrzeć się sytuacji we Wrocławiu. To tu organizacje zajmujące się ochroną zwierząt wskazują, że instytucje państwowe powołane do ich ochrony nie tylko nie zawsze reagują skutecznie, ale w niektórych przypadkach mogą wręcz działać na ich niekorzyść.

Obecność ptaków i nietoperzy w miejskiej zabudowie jest bardzo powszechna. Nawet jeśli nie zdajemy sobie z tego sprawy, nasz budynek prawdopodobnie jest zasiedlony przez wróbla, jerzyka albo – znacznie bardziej skryte – nietoperze.

Badania naukowców ze Szkoły Głównej Gospodarstwa Wiejskiego, przeprowadzone na próbie 336 budynków przeznaczonych do remontu w 11 województwach, wykazały, że siedliska ptaków znajdowały się w 78,9 proc. obiektów, natomiast nietoperzy – w 8,9 proc.

Skala tego zjawiska jest więc ogromna. Nie możemy przechodzić obok niego obojętnie. Ptaki i nietoperze są naszymi najbliższymi sąsiadami. Żyją tuż obok nas; pod dachami, w szczelinach elewacji i na poddaszach. Dotyczy to zarówno wielkich miejskich wieżowców, jak i szkół czy innych budynków w mniejszych miejscowościach.

Camera-man/Pixabay

Niestety, podczas remontów elewacji bardzo często dochodzi do płoszenia zwierząt, niszczenia ich gniazd oraz uwięzienia ich pod siatkami rusztowań. Wloty do schronień bywają zaklejane pianką montażową lub zamurowywane. Zwierzęta zamknięte wewnątrz mogą wówczas umrzeć z braku powietrza, głodu i odwodnienia.

Z kolei dorosłe ptaki pozostające na zewnątrz całymi dniami próbują przedostać się do swoich młodych, aby dostarczyć im pokarm. Jeśli wlot do gniazda został zamknięty, jest to niemożliwe, a pisklęta mogą umrzeć z głodu.

Na ten problem zwraca uwagę Fundacja Animalculum w petycji opublikowanej na platformie Nasza Demokracja. Według przedstawionego tam opisu mechanizm we Wrocławiu ma w wielu przypadkach wyglądać podobnie. O tym opowiadają nam Zuzanna Pietrowska i Rafał Łukasik.

Cały proceder ma rozpoczynać się w momencie, gdy inwestor stawia rusztowania i rozpoczyna układanie izolacji w trakcie sezonu lęgowego, nie posiadając wcześniej ekspertyzy dotyczącej obecności ptaków i nietoperzy.

Dopiero gdy mieszkańcy lub społecznicy zauważą zagrożenie i zgłoszą sprawę odpowiednim instytucjom, inwestor ma podejmować próbę zalegalizowania już rozpoczętych prac. Wówczas zamawiana jest opinia przyrodnicza, która zdaniem aktywistów bywa pobieżna i nierzetelna. W niektórych przypadkach ma opierać się zaledwie na kilkugodzinnej obserwacji, przeprowadzanej już po znacznym zaawansowaniu robót.

– Myślę, że RDOŚ we Wrocławiu jest jak bierny adresat zgłoszeń dotyczących zagrożeń dla ptaków wynikających z remontów, który dąży to zamknięcia zgłaszanych spraw z jak najmniejszym wysiłkiem ze strony inwestora i własnej. Urząd jest w tym nierzetelny i nie działa w interesie strony, w imieniu której został powołany aby działać – przyrody – mówią nasi rozmówcy.

Najpoważniejsze zarzuty dotyczą działalności Regionalnej Dyrekcji Ochrony Środowiska (RDOŚ) we Wrocławiu.

Według organizacji społecznych, RDOŚ miał wielokrotnie wydawać decyzje derogacyjne już po rozpoczęciu prac remontowych, w niektórych przypadkach w ciągu zaledwie 2-3 tygodni od zgłoszenia sprawy.

Aktywiści zarzucają urzędnikom również ignorowanie zdjęć, nagrań i innych materiałów dokumentujących obecność chronionych gatunków, w tym jerzyków i wróbli. Według nich RDOŚ odmawia także przeprowadzania wizji lokalnych, ograniczając się do korespondencji z inwestorem i analizy przedstawionych przez niego ekspertyz.

Hans/Pixabay

Szczególne kontrowersje budzą sytuacje, w których opinie przyrodnicze mają powstawać poza sezonem lęgowym albo zawierać błędy, a mimo to stanowią podstawę do dalszego prowadzenia prac.

Jeszcze poważniejsze są zarzuty dotyczące reakcji na zgłoszenia o zwierzętach uwięzionych w remontowanych budynkach. Według społeczników urzędnicy nie zawsze przekazują takie sprawy do nadzoru budowlanego lub na policję, choć szybka reakcja mogłaby umożliwić uratowanie zwierząt.

Aktywiści wskazują również na przypadki, w których (ich zdaniem) działania RDOŚ miały prowadzić do przekazania Powiatowemu Inspektoratowi Nadzoru Budowlanego informacji, które nie odzwierciedlały rzeczywistego zagrożenia. W konsekwencji apele mieszkańców o wstrzymanie robót miały być uznawane za bezpodstawne.

Kolejnym ogniwem tego mechanizmu jest Powiatowy Inspektorat Nadzoru Budowlanego (PINB).

Jeżeli prowadzone prace mogą zagrażać chronionym gatunkom, nadzór budowlany ma instrumenty pozwalające na ich wstrzymanie. Mimo to, jak wskazują społecznicy, w wielu opisywanych przypadkach PINB nie zdecydował się na taki krok.

Jedną z przyczyn ma być fakt, że inwestor w międzyczasie występuje do RDOŚ o zgodę na odstępstwo od zakazów dotyczących ochrony gatunkowej. Jeżeli RDOŚ następnie wydaje decyzję pozwalającą na kontynuowanie prac, nadzór budowlany może uznać, że nie ma już podstaw do interwencji.

W ten sposób tworzy się mechanizm, w którym poszczególne instytucje wzajemnie ograniczają swoją skuteczność. Jeżeli organ odpowiedzialny za ochronę przyrody nie stwierdza problemu, nadzór budowlany ma znacznie słabszą podstawę do zatrzymania robót.

Ten sam problem może dotyczyć postępowań prowadzonych przez organy ścigania. Jeżeli RDOŚ nie kwestionuje ekspertyzy przyrodniczej przedstawionej przez inwestora, a następnie wydaje decyzję w trakcie remontu, policja i prokuratura mogą uznać, że nie doszło do naruszenia prawa. W takiej sytuacji materiał dowodowy dostarczany przez mieszkańców i organizacje społeczne może zostać uznany za niewystarczający.

Według aktywistów bierność organów ochrony środowiska staje się wówczas jednym z argumentów przemawiających za umorzeniem postępowań.

We Wrocławiu miało już dojść do wielu interwencji, podczas których – mimo szybkiej reakcji wolontariuszy – nie udało się uratować wszystkich zwierząt.

Jednym z najbardziej szokujących przykładów był remont budynku Komendy Wojewódzkiej Policji przy ul. Podwale. Zarejestrowano tam dorosłe jerzyki i wróble próbujące dostać się do nisz lęgowych przysłoniętych tekturą i siatkami.

Podobne sytuacje miały mieć miejsce przy ulicach Stysia, Skwierzyńskiej i Poznańskiej. W jednym z przypadków świadkowie mieli obserwować wróbla, który mimo zamkniętego wlotu próbował dostać się do gniazda, a konkretnie do miejsca na ścianie, na którym był już położony styropian.

Z kolei przy ul. Legnickiej, jak wskazują społecznicy, opinia ornitologiczna miała zostać sporządzona na podstawie zaledwie trzygodzinnej obserwacji. Aktywiści kwestionują taką metodę, wskazując, że przy ocenie obecności ptaków w budynkach konieczne jest uwzględnienie specyfiki poszczególnych gatunków oraz odpowiedniej metodyki badań.

Szczególne znaczenie ma to w przypadku jerzyków. Ptaki te wlatują do nisz lęgowych z dużą prędkością, dlatego rusztowania ustawione bezpośrednio przy otworach mogą stanowić dla nich poważne zagrożenie. Według ekologów ekspertyza przy ul. Legnickiej nie uwzględniła tego problemu, a także pominęła gniazda wykryte później przez mieszkańców.

– Nawet gdyby ustawodawca napisał najlepsze prawo ochrony przyrody, nic by to nie dało, ponieważ przyroda i życie zwierząt nie są, jak wynika z praktyki tego urzędu, dla RDOŚ we Wrocławiu najważniejsze. Bez poniesienia konsekwencji przez ten urząd się nie obejdzie, jeżeli chcemy myśleć o prawdziwej zmianie na lepsze – zauważają Pietrowska i Łukasik.

Mamy więc do czynienia z problemem, który nie sprowadza się wyłącznie do pojedynczych błędów podczas remontów. Jeśli przedstawiane przez organizacje społeczne zarzuty znajdują potwierdzenie w dokumentacji poszczególnych spraw, może chodzić o powtarzalny mechanizm, w którym odpowiedzialność rozmywa się pomiędzy kolejnymi instytucjami.

Najpierw inwestor rozpoczyna prace bez odpowiedniego rozpoznania przyrodniczego. Następnie, po interwencji mieszkańców, pojawia się ekspertyza i wniosek do RDOŚ. Ten wydaje decyzję, a nadzór budowlany nie znajduje podstaw do zatrzymania prac. Później, gdy sprawą zainteresują się policja lub prokuratura, decyzja organu ochrony środowiska może zostać potraktowana jako argument świadczący o braku naruszenia prawa.

W centrum tego mechanizmu znajdują się jednak żywe stworzenia. Jerzyki, wróble, szpaki czy nietoperze nie mogą same upomnieć się o swoje prawa. Nie mogą złożyć zawiadomienia, przedstawić dowodów ani odwołać się od decyzji urzędnika.

Dlatego odpowiedzialność za ich ochronę spoczywa na ludziach i instytucjach, które zostały do tego powołane.

Pytanie brzmi: czy Ministerstwo Klimatu i Środowiska przyjrzy się wreszcie działaniom wrocławskich urzędników i sprawdzi, czy opisany mechanizm rzeczywiście funkcjonuje?

Jeżeli przedstawiane przez organizacje społeczne zarzuty są zasadne, potrzebna jest nie kolejna doraźna interwencja, lecz systemowa zmiana. Ochrona gatunkowa nie może kończyć się na papierze – zwłaszcza wtedy, gdy za urzędniczymi decyzjami stoją życie i śmierć zwierząt.


Autorka: Anna Adamczyk