Silna burza wokół polskiego górnictwa. Status quo kosztuje nas wszystkich

Coraz wyraźniej widać również, że węgiel przestaje być filarem bezpieczeństwa energetycznego, a jego miejsce stopniowo zajmują tańsze i mniej obciążające środowisko źródła energii. Mimo to polityczna ostrożność i społeczna wrażliwość wokół regionów górniczych sprawiają, że realna transformacja pozostaje odkładana, a wizja utrzymania kopalń do połowy XXI wieku budzi poważne wątpliwości. W efekcie Polska znalazła się w punkcie, w którym dalsze utrzymywanie status quo oznacza narastające koszty, ale szybkie zmiany wymagają odwagi, której od lat brakuje.

To nie jest już spór o sam węgiel – to spór o to, kto i jak zapłaci za nieuniknioną zmianę.

Pozycja gospodarcza górników została wywalczona jeszcze w czasach PRL-u, kiedy to górnicy jako grupa zawodowa byli swego rodzaju oczkiem w głowie aktualnych władz. Górnicy potrafili walczyć o swoje i niejednokrotnie protestowali dla innych branż, obiecując im wygranie negocjacji z rządem czy strajków o lepsze warunki pracy m.in. dla lekarzy. Dziś sytuacja się zmieniła, chociaż każdy zdaje sobie sprawę z ich ciężkiej i ryzykownej pracy.

– Górnictwo węgla kamiennego jest chore, choć mało kto to przyznaje – zauważa Radosław Gawlik, prezes Stowarzyszenia Ekologicznego EKO-UNIA. – Warunkiem utrzymania górników jest płacenie z kieszeni podatników, dzięki czemu ono funkcjonuje. Wszyscy się składają na jego działanie. Tym bardziej, że nie jest tak, że nie możemy żyć bez węgla. On staje się problemem.

Prąd  z odnawialnych źródeł energii jest nawet dwa-trzy razy tańszy niż prąd z węgla.

Jednocześnie koszty ekonomiczne wydobycia węgla są szacowane rocznie na ok 10 mld zł, rzecz jasna ze środków publicznych, które jako podatnicy ponosimy za utrzymanie deficytowego górnictwa.

Tylko ta grupa społeczna wywalczyła sobie takie warunki, że reszta obywateli dopłaca do jej działania. – Żadna inna branża nie ma tak, że pokrywa się z budżetu około 50 proc. kosztów jej działania. Przykładowo każda tona wydobytego węgla kosztuje obecnie około 900 zł a my dopłacamy około 450 zł, ponieważ sprzedajemy ją też za mniej więcej 450 zł – szacuje.

Jest to zaszłość historyczna, ale rodzi poczucie niesprawiedliwości.

– Społecznie istotne koszty to też istna degradacja polityki i brak odwagi klasy politycznej do otwartej rozmowy z górnikami na temat konieczności zmiany „umowy społecznej”, że będziemy wydobywać węgiel do 2049 r. – dodaje Gawlik. Jak mówi, ekonomicznie i społecznie korzystniej będzie przestać wydobywać tak drogi węgiel z trwale deficytowych kopalń. – Dać górnikom odprawy a kupić potrzebny węgiel bez dopłat na rynku (z rentownych kopalni, które zarabiają na swoje utrzymanie, jak między innymi kopalnia Bogdanka i zza granicy).

Reszta kopalń jego zdaniem powinna zostać zamknięta, przy uwzględnieniu odpraw i zaplecza socjalnego dla ich pracowników. – Państwu dużo bardziej opłaca się tak zrobić, ale niestety jesteśmy zakładnikami umowy społecznej, którą górnicy i związki zawodowe wynegocjowały z rządem, chociaż wszyscy wiedzą, że nierealne jest funkcjonowanie kopalń do roku 2049.

Dlaczego? Bo są też inne koszty społeczne, jak dewastacja systemu rynkowego. Te dofinansowania węgla w świetle prawa są nielegalne. Są niczym nieuzasadnione, poza tradycyjnie silną polityczną – być może przecenianą – pozycją górnictwa.

– Według prawa unijnego można dopłacać do ograniczenia zdolności wydobywczych deficytowych kopalń. Dopłacamy do restrukturyzacji, odejścia górników do innego zawodu, przekwalifikowania.

To byłaby sprawiedliwa transformacja. Jak mówi Gawlik, także z punktu widzenia innych dziedzin gospodarki, które nie mogą liczyć na tak hojne traktowanie

Tak więc koszty węgla to nie tylko standardowe subsydia. Ponoszą je całe społeczności i wszyscy obywatele.

– Dosyć jasno już zdaliśmy sobie sprawę, jak duży rachunek płacimy w kosztach zdrowotnych. I to jest rachunek, którego nie ma w kosztach wydobycia ani spalania węgla – tłumaczy Kuba Gogolewski z Fundacji Mission Possible.

Choć kłopot został zaadresowany i uświadomiony, cenę wciąż ponoszą właśnie mieszkańcy.

– Natomiast drugim olbrzymim rachunkiem jest koszt związany z wodą, a konkretnie z jej jakością i dostępnością. Górnictwo i spalanie węgla wpływa na środowisko dwa sposoby. Jeden widzimy po coraz większych suszach hydrogeologicznych – zaznacza.

Upraszczając, górnictwo wysysa wody podziemne, które są cennym zasobem. Następnie kopalnie odprowadzają wody podziemne do rzek.

– To jak silna burza, której ziemia nie jest w stanie przyjąć. Tylko niewielka część opadów wsiąka w ziemię. Dodatkowo, przez częstsze intensywne opady i dłuższe okresy opadów niższych niż średnia miesięczna oraz rosnące parowanie, systematycznie spada poziom wód podziemnych. W tych regionach, w których trwa wydobycie węgla, pogłębia ono niedobór wód podziemnych i spadek ich poziomu – wyjaśnia Gogolewski.

Podkreśla, że jest to znaczący, niewyceniony ekonomicznie negatywy wpływ górnictwa na wody podziemne.

Drugim kosztem wydobycia węgla, o którym mówi się dużo więcej, jest olbrzymie zasolenie wód, wynikające z odprowadzania do rzek nieoczyszczonych wód kopalnianych, czyli solanek.

– Gdyby górnictwo naprawdę miało zapłacić, to byłoby to bardziej nieopłacalne. W pewien sposób dopłacamy do wierzchołka góry lodowej. Koszty zewnętrzne wynikają z dostępu do wody i jej dobrej jakości oraz jakości powietrza – tłumaczy Gogolewski.