Mały atom miał być przyszłością polskiej energetyki. Eksperci pytają: kto zapłaci za ryzyko? 

Mały atom miał być przyszłością polskiej energetyki. Eksperci pytają: kto zapłaci za ryzyko? 

Spór dotyczy przede wszystkim technologii BWRX-300 rozwijanej w Polsce przez OSGE, spółkę należącą do Orlenu i Synthos Green Energy Michała Sołowowa. SMR, czyli mały reaktor modułowy, ma być mniejszą wersją klasycznej elektrowni jądrowej. Problem w tym, że BWRX-300 nie został jeszcze sprawdzony w komercyjnej eksploatacji na skalę przemysłową.

Pierwszy taki reaktor powstaje w Darlington w Kanadzie. Według autorów listu nie są jeszcze znane rzeczywiste koszty i czas jego budowy. Wątpliwości dotyczą również ekonomiki projektu. Podobny projekt NuScale/UAMPS w Utah w USA został w 2023 r. anulowany po znaczącym wzroście prognozowanych kosztów budowy i energii.

Autorzy listu przypominają również, że Michał Sołowow wcześniej przedstawiał SMR jako projekt komercyjny i deklarował sprzedaż państwu 10 reaktorów. Tymczasem dziś rozwój projektu ma być uzależniany od wsparcia państwa.

„I wówczas i dziś deklarowanie liczby SMR, które mają powstać, bez sprawdzenia tej technologii jest nieodpowiedzialne” – piszą sygnatariusze. Ich zdaniem oznacza to ryzyko przerzucenia kosztów i odpowiedzialności z inwestora na państwo.

Jednym z najważniejszych argumentów jest cena energii. Według danych przywołanych w liście energia z pierwszych 14 reaktorów BWRX-300 w Polsce miałaby kosztować 495–580 zł/MWh. Tymczasem polski przemysł ciężki wskazuje, że dla zachowania konkurencyjności potrzebuje cen poniżej 300 zł/MWh.

Eksperci stawiają więc rządowi konkretne pytanie: „Czy polski rząd i Premier uznają za uzasadnione inwestowanie w technologię, w której cena energii sięga 495–580 zł/MWh, gdy polski przemysł potrzebuje cen poniżej 300 zł/MWh?”. W ich ocenie państwo nie powinno angażować pieniędzy podatników w technologię, której koszty nie zostały jeszcze wiarygodnie potwierdzone.

Kolejna kwestia to środowisko. Autorzy listu wskazują na planowaną lokalizację inwestycji w Stalowej Woli, gdzie pod projekt OSGE może zostać przeznaczonych około 300 hektarów lasu. Teren ma znaczenie dla lokalnych zasobów wodnych. GDOŚ i Państwowa Rada Ochrony Przyrody miały wydać negatywne opinie dotyczące odlesienia tego obszaru.

Katarzyna Wiekiera ze Stowarzyszenia Pracownia na rzecz Wszystkich Istot zwraca uwagę również na sytuację Sanu, z którego miejscowa elektrociepłownia już pobiera wodę do chłodzenia:

– Podczas gdy inwestorzy kłócą się o to, kto zapłaci za licencję, w Stalowej Woli pod topór może pójść 300 ha lasu bezpośrednio pod inwestycję OSGE. To siedliska zależne od wód, pod którymi leży podziemny zbiornik wody pitnej dla mieszkańców regionu. GDOŚ i Państwowa Rada Ochrony Przyrody wydały negatywne opinie dla odlesienia tego terenu. A San, z którego tutejsza elektrociepłownia już dziś pobiera wodę do chłodzenia, od lat notuje naruszenia przepływów biologicznych – rzeka jest przeeksploatowana. Grozi nam nieodwracalna wycinka lasu chroniącego wodę i dalsze drenowanie Sanu pod projekt, który nie ma nawet pieniędzy na opłaty licencyjne. Szkody będą realne, korzyści pozostają czysto hipotetyczne.

– Aktualna sytuacja hydrologiczna na Sanie pod względem ilości płynącej wody jest katastrofalna. Wcześniej wskazywaliśmy na liczne naruszenia przepływów biologicznych przez elektrociepłownię Stalowa Wola. Dziś wielkość przepływów wody w Sanie, w okolicach miasta, znajduje się poniżej ustalonych przepływów nienaruszalnych co oznacza w praktyce, że nawet elektrociepłownia bez nakazu operatora sieci nie ma możliwości dokonywać poboru wody. To pokazuje, że Stalowa Wola nie ma warunków hydrologicznych umożliwiających lokalizację na jej terenie nawet pojedynczych bloków OSGE. Po prostu brakuje wody i z każdym rokiem sytuacja będzie ulegać pogorszeniu. Co jakiś czas sytuację próbuje się ratować dokonując zrzutów ze zbiornika solińskiego, ale to rozwiązania poprawiające sytuację tylko na moment i kosztem zgromadzonych w nim zasobów wodnych – dodaje Robert Wawręty z Towarzystwa na rzecz Ziemi.

Problem wody nie jest – zdaniem sygnatariuszy – kwestią drugorzędną. BWRX-300 jest reaktorem chłodzonym wodą, a jego funkcjonowanie wymaga odpowiednich zasobów wodnych.

– Pierwszy SMR budowany w Kanadzie – BWRX-300 – korzystał będzie z chłodzenia z olbrzymiego jeziora Ontario, którego objętość jest 2500 razy większa niż największego w Polsce jeziora Śniardwy. Najważniejszą wartością dodaną małych reaktorów modułowych, miała być zdolność do ich masowej produkcji. Tymczasem w praktyce każdorazowo technologia chłodzenia reaktora będzie musiała być dostosowywana do lokalizacji i miejscowych obecnych i przyszłych zasobów wodnych. W jaki sposób zróżnicowanie technologii chłodzenia wpłynie na koszty wytwarzanej energii oraz współczynnik wykorzystania mocy nie jest przedmiotem publicznej dyskusji – mówi Kuba Gogolewski, dyrektor programowy Fundacji „Mission Possible”.

Sygnatariusze listu kwestionują także samą potrzebę budowy SMR-ów w Polsce. Wskazują na rozwój energetyki wiatrowej na lądzie i morzu, fotowoltaiki, magazynów energii i biogazowni oraz – w okresie przejściowym – elastycznych źródeł gazowych.

Podobne stanowisko w debacie o polskiej transformacji energetycznej prezentowali m.in. byli ministrowie środowiska prof. Maciej Nowicki i Tomasz Podgajniak, prezes Instytutu Energetyki Odnawialnej Grzegorz Wiśniewski czy analityk megatrendów Marcin Popkiewicz. Wskazują oni na potencjał OZE, efektywności energetycznej, magazynowania energii i elastycznego systemu energetycznego jako alternatywy dla kosztownych źródeł konwencjonalnych.

Radosław Gawlik, prezes Stowarzyszenia Ekologicznego EKO-UNIA, były wiceminister ochrony środowiska, zwraca uwagę na zmianę argumentacji dotyczącej finansowania SMR:

– Rząd Polski, która ma szereg ważnych potrzeb budżetowych od obrony po ochronę zdrowia i edukację byłby lekkomyślny, gdyby wspierał SMR, które miałby być komercyjne! Za prezesa Orlenu Daniela Obajtka miało ich powstać 75! Teraz już „tylko” kilkanaście ale i tak deklarowanie wcale nie tak małych „małych reaktorów atomowych” i uzależnianie ich powstania od gwarancji budżetowych w sytuacji rosnącego zadłużenia Państwa, jest nieodpowiedzialnym lobbingiem, w którym nie powinni brać udziału ministrowie rządu RP.

Zdaniem dr inż. Krzysztofa Bodzka z Politechniki Śląskiej państwo polskie powinno oczekiwać konkretnych korzyści dla polskiej gospodarki, jeśli angażuje publiczne środki:

–  Wdrażanie nowych technologii SMR, niesprawdzonych jeszcze w komercyjnej eksploatacji, wiąże się z bardzo wysokim ryzykiem wzrostu kosztów i opóźnień. Takie ryzyko łatwiej uzasadnić, gdy rozwijamy własną technologię i możemy później zarabiać na jej eksporcie. Przy technologiach pochodzących spoza Polski, a zwłaszcza spoza Europy, trzeba szczególnie dokładnie wykazać korzyści dla polskiej gospodarki. Bardzo ważny i podkreślany przez wszystkich „local content” technologii wymaga konkretów: udziału krajowych dostaw, transferu wiedzy oraz praw pozwalających polskim firmom uczestniczyć w kolejnych wdrożeniach i eksporcie. Publiczne wsparcie powinno być powiązane z mierzalnymi zobowiązaniami wobec polskiego przemysłu. To wymaga przejrzystości i wiarygodnych analiz, a nie deklaracji i wiary.

Eksperci nie domagają się jedynie deklaracji. Chcą odpowiedzi na trzy konkretne pytania: jaki będzie pełny koszt ekonomiczny, społeczny i środowiskowy SMR-ów – wraz z infrastrukturą, zagospodarowaniem odpadów i późniejszym demontażem; ile naprawdę będzie kosztowała energia z reaktorów oraz czy państwo stać na przejęcie ryzyka technologii, która nie została jeszcze sprawdzona komercyjnie.

„To zmierza do przerzucenia wszystkich ryzyk projektów „małego atomu” na Państwo, czyli nas podatników. Premier Rządu i Minister Finansów nie powinni się na to zgadzać” – przekonują sygnatariusze.

Ich główny postulat jest prosty: zanim państwo wyda publiczne pieniądze na SMR-y, powinno mieć pełną i niezależną odpowiedź na pytanie, ile ta technologia naprawdę będzie kosztować – i kto zapłaci, jeśli jej optymistyczne założenia się nie sprawdzą.


Źródło: EKO-UNIA