Ponad 100 mln larw ryb rocznie ginie w Elektrowni Kozienice – wynika z badań naukowców, które doprowadziły do bezprecedensowej decyzji Regionalnego Dyrektora Ochrony Środowiska. Podczas panelu dyskusyjnego na Zielonych Dniach 2026 w eksperci alarmowali, że problem dotyczy nie tylko Wisły, ale także przyszłości polskiej energetyki i ochrony zasobów wodnych.
Zielone Dni zorganizowane przez Fundację Strefa Zieleni odbyły się już po raz jedenasty. Patronat medialny nad wydarzeniem objął magazyn Odpowiedzialny Inwestor. Tym razem naukowcy, aktywiści, przedstawiciele organizacji pozarządowych i politycy spotkali się w Puszczy Kozienickiej, w pobliżu Elektrowni Kozienice należącej do koncernu Enea.
W panelu pt. „Elektrownie a woda. Jak pogodzić bezpieczeństwo energetyczne z ochroną rzek i klimatu?”, współorganizowanym przez EKO-UNIĘ, Fundację Mission Possible, Towarzystwo na rzecz Ziemi i Pracownię na rzecz Wszystkich Istot, eksperci zastanawiali się w jaki sposób ograniczyć negatywny wpływ elektrowni na rzeki, klimat i środowisko i jednocześnie zadbać o to, żeby nie zabrakło nam prądu.
Prof. Tomasz Mikołajczyk z Pracowni Ekspertyz i Badań Ichtiologicznych PEBI, który od 2017 r. prowadzi badania przy elektrowni Kozienice na Wiśle, mówił: – Bezprecedensową sprawą jest decyzja Regionalnego Dyrektora Ochrony Środowiska w Warszawie (RDOŚ), który nakazał koncernowi Enea, a konkretnie elektrowni Kozienice, wszczęcie natychmiastowych działań w celu zminimalizowania albo zlikwidowania strat, jakie powoduje ta elektrownia w ichtiofaunie Wisły.
Elektrownia pobiera nawet połowę wody z Wisły
Jak przyznaje, proces był długotrwały, ale jego efekty są spektakularne. – Cała sprawa dotyczy tych starych bloków o mocy 200 MW i 500 MW, które już są dość wiekowe, a mianowicie pierwsze zostały wybudowane w 70. latach, jeszcze na sowieckich technologiach. Niestety trzeba z przykrością to stwierdzić, że duże firmy oraz państwowe instytucje naukowe albo nie chcą tego robić, albo stoją po stronie koncernu – podkreśla prof. Mikołajczyk.

Od 2017 r. badacze cyklicznie publikowali raporty i ustalenia wynikające z badań ryb i narybku Wisły oraz analiz. – W końcu doszliśmy do wniosku, że tak dalej być nie może, bo będziemy się tylko przerzucać tymi raportami a nikt tego za bardzo nie bierze pod uwagę. Ostatnie lata naszych badań zostały już opublikowane w międzynarodowym piśmie naukowym o bardzo wysokim impaktorze, właśnie dzięki współpracy z Uniwersytetem Łódzkim.
Zdaniem prof. Mikołajczyka u podstaw decyzji RDOŚ leży właśnie przedstawienie twardych danych, „z którymi nie można za bardzo dyskutować”.
Elektrownia Kozienice, oprócz jednego nowego bloku o mocy 1000 MW na gaz, pracuje w tak zwanym otwartym systemie chłodzenia. – To jest to stary, bardzo skuteczny, ale prymitywny system, który polega na zabraniu części rzeki do ośrodka elektrowni i użyciu tej wody do chłodzenia skraplaczy pary. Problem polega na tym, że takie monstrum zużywa olbrzymie ilości wody.
Elektrownia Kozienice ma zezwolenie na pobór z Wisły 100 m3 wody na sekundę. – Rzadko z tego korzysta, to są ekstremalne warunki. Najczęściej ta ilość wody, która jest pobierana oscyluje między 70 a 80 m3/sekundę, co i tak jest gigantyczną ilością [dla lepszego zobrazowania to 2 wagony po 40 ton wody na sekundę (!) – przyp. red.]. W tej chwili Wisła na przekroju Kozienice płynie 160 m3 wody, a elektrownia zabiera 80 m3 na sekundę. Tak więc w tej chwili elektrownia zabiera dokładnie połowę rzeki, która ma temperaturę 29 st. C, a kilometry niżej „wypluwa” wodę, która ma pod 37 st. C.
Na czym polega problem?
– Pobierając te kilkadziesiąt metrów sześciennych wody na sekundę, pobiera ją ze wszystkim, co żyje w tej rzece, a jest odpowiednio małe, żeby przejść przez kraty. To są organizmy powiedzmy nawet do kilku centymetrów wielkości. One zostają zassane do środka, następnie poddane dalszej filtracji w tzw. młynach bębnowych, które przypominają gigantyczne maszynki do mięsa. Dzieje się tak po to, żeby tą wodę oczyścić jeszcze z drobniejszego osadu. Następnie gigantyczne pompy pompują ją do skraplaczy, gdzie w ułamku sekundy następuje zmiana ciśnienia hydrostatycznego, a następnie w ułamku sekundy ta woda jest podgrzewana o kilkanaście stopni, ponieważ odbiera energię ze zużytej pary, która służyła do napędu turbin. Po tym jest wypluwana do rzeki, już całkowicie pozbawiona życia. I to tak trwa już pięćdziesiąt kilka lat. Wszystko – ryby, bezkręgowce, skorupiaki – giną w elektrowni – tłumaczy prof. Mikołajczyk.
Pełne nagranie z panelu „Elektrownie a woda. Jak pogodzić bezpieczeństwo energetyczne z ochroną rzek i klimatu?”:
O jakich ilościach mowa? Najbardziej dokładne dane pochodzą z 2022 r., ponieważ wtedy badacze użyli nieco bardziej zaawansowanych technik modelowania. – Tutaj wyszło nam, że z dużą pewnością było to ponad 100 milionów larw ryb.
Skorupiaki i larwy giną w miliardach
Z analiz, w tym Głównego Inspektoratu Ochrony Środowiska, wynika, że na tym odcinku Wisły bytuje około 30 gatunków ryb, z czego 6 jest chronionych prawem krajowym, a 6 unijnym.
Jednak ilość ryb, która ginie w elektrowni, to zdaniem prof. Mikołajczyka „mały pikuś”. – Ponieważ skorupiaków i larw owadów giną prawdopodobnie ilości zupełnie kosmiczne. Jeżeli ryby liczymy w dziesiątkach czy setkach milionów, to skorupiaki i przede wszystkim larwy owadów, które stanowią bardzo ważny pokarm dla ryb, giną w miliardach lub jeszcze o rząd wielkości więcej.
Robert Wawręty z Towarzystwa na rzecz Ziemi mówił: – Elektrownie termiczne to nie tylko samo zasysanie i zabijanie młodego narybku. To również kolejne problemy, jak chociażby kwestia poboru tak dużej ilości wody, w efekcie której następuje tzw. naruszenie przepływów biologicznych, czyli lokalnie jest pobierane tak dużo wody, że co najmniej utrudnia to, a czasem wręcz uniemożliwia, funkcjonowanie życia biologicznego w rzece. I w przypadku takich elektrowni jak (należące do – przyp. red.) Enea, która jest jedną z 12 elektrowni w Polsce wyposażonej w otwarte systemy chłodzenia, mówimy o odcinkach w skrajnych przypadkach nawet do 29 km, gdzie rozwój życia biologicznego jest bardzo utrudniony.
Klimat. O tym się milczy
Czy zamknięte systemy chłodzenia byłyby receptą na te problemy? – Okazuje się, że owszem, tego typu rozwiązania są możliwe i sprawdzają się w przypadku tak dużych rzek jak Wisła czy Odra. Jednak w przypadku małych rzek typu Wisłok czy Biała Przemsza, gdzie już teraz pracują również bloki wyposażone w zamknięte systemy chłodzenia, to następuje bardzo często właśnie naruszanie tych przepływów biologicznych. Mówimy tutaj o skali od kilku razy, a w skrajnym przypadku nawet do 279 razy w skali jednego roku. To są naprawdę olbrzymie częstotliwości – mówił Wawręty. – Należy po prostu zamknąć te trupy, czyli stare bloki z otwartym systemem chłodzenia.
Katarzyna Wiekiera z Pracowni na rzecz Wszystkich Istot podniosła wątek bardzo często pomijany w kontekście Elektrowni Kozienice: – To jest jeden z największych emitentów gazów cieplarnianych w Europie. To jest właściwie problem, nad którym wszyscy wzruszamy ramionami. Ten klimat nie rusza nikogo. Kiedy idziemy do mediów, prezentujemy raporty dotyczące wpływu elektrowni na Wisłę, budzi to też powszechne zrozumienie, że rzeki są traktowane okropnie, fatalnie, że to jest problem też całkowicie ignorowany i lekceważony przez spółki państwowe, które są właścicielami tych elektrowni, a także przez polityków.

Kuba Gogolewski, dyrektor programowy Fundacji Mission Possible, wskazywał na ograniczania produkcji takich elektrowni w dobie ocieplających się rzek w czasie fal upałów. Podkreślił, że Kozienice są absolutnym liderem poboru wód przez polskie elektrownie.
– Pobór wód na cele chłodzenia na szczęście spada. Im szybciej będziemy odchodzili od energetyki węglowej, im mniej w jej miejsce będziemy budowali elektrowni z otwartym układem chłodzenia, tym więcej wody będzie dostępne dla rolnictwa, ludzi i przyrody. Energetyka słoneczna i wiatrowa w porównaniu z konwencjonalną, do produkcji tego samego prądu potrzebuje 10-75 razy mniej wody – wyjaśniał Gogolewski.
Mówi, że potrzebujemy takiego systemu elektroenergetycznego, który nie tylko będzie zmniejszał emisję gazów cieplarnianych i zapewniał bezpieczeństwo całego systemu elektroenergetycznego, ale jednocześnie będzie zużywał jak najmniej wody.
Wola polityczna pchnęłyby sprawę naprzód
Poruszono temat rozwiązań wspomnianych problemów. Zneutralizowanie tego problemu, w tym zmniejszenie poboru wód mogłyby spowodować:
- Zastosowanie chłodzenia suchego za pomocą powietrza, choć jest to mało efektywne, stosowane m.in. w USA;
- Ograniczenie lub wyłączenie pracy elektrowni, szczególnie w godzinach nocnych, gdy larwy dryfują;
- Zakaz działania elektrowni z przestarzałym, otwartym systemem chłodzenia;
- Nie lokalizowanie elektrowni w miejscach, gdzie brakuje wody;
- Magazynowanie energii z PV, dzięki czemu w nocy można ograniczyć pracę elektrowni węglowych;
- Zużycie energii elektrycznej w miejscu jej produkcji, czyli zwiększanie autokonsumpcji;
- Konsekwentne stosowanie zasady „zanieczyszczający płaci” wobec koncernów.
Także w przypadku planowanej elektrowni jądrowej w Choczewie – mimo sprzeciwu organizacji ekologicznych i negatywnej ekspertyzy naukowców – zapadła decyzja o zastosowaniu otwartego systemu chłodzenia. Oznacza to w opinii prof. Mikołajczyka, że starty w Wiśle mogłyby być „niewielkie” w stosunku do ewentualnych strat w ichtiofaunie całego Bałtyku.
– Wyspa ciepła, która powstanie przez zrzuty 150 m3/s gorącej wody z elektrowni jądrowej spowoduje ogromne szkody w ekosystemie Morza Bałtyckiego na co od lat wskazuje prof. Jacek Piskozub z Instytutu Oceanologii PAN. Zwróćmy też uwagę na zasysanie i niszczenie narybku na Bałtyku, co nie było dotąd oceniane – powiedział Radosław Gawlik, prezes Stowarzyszenia Ekologicznego EKO-UNIA oraz honorowy współprzewodniczący partii Zieloni.
