„Suwerenność” zamiast klimatu. Jak prawica przejęła narrację o energii i ETS

„Suwerenność” zamiast klimatu. Jak prawica przejęła narrację o energii i ETS
Protesty w Warszawie, fot. Cybularny (CC0)

Polityka klimatyczna Unii Europejskiej od samego początku bowiem stawiała na uniezależnienie się od importu paliw kopalnych, a ETS – europejski system handlu emisjami – miał być środkiem do celu. Tym celem miała być, oprócz ochrony stabilności klimatu, właśnie europejska suwerenność energetyczna i paliwowa. Niestety komunikacyjnie hasło to przejęła i często zmanipulowała prawica, a strona centrowo-liberalna oddała pole.

Debata dotycząca transformacji energetycznej w Polsce od lat wykorzystuje słabości ludzkiej natury i pułapki psychologiczne. Dlatego warto przyjrzeć się retoryce, stosowanym chwytom i kadrowaniu wiadomości (framing). Samo „kadrowanie” polega na tym, że informacja przedstawiana jest w określonym kontekście. Ten zabieg nie musi oznaczać dezinformacji, ponieważ kadrowanie może podkreślać, wzmacniać przekaz. Dezinformacja pojawia się, gdy podkreślamy tylko jedną stronę medalu, a do tego domalowujemy na nim rzeczy, które są dzisiaj już nieaktualne. Nieprawdą jest bowiem dzisiaj to, że np. węgiel daje Polsce niezależność surowcową.

Niezależność energetyczna Polski owszem oparta była kiedyś na wydobyciu rodzimego węgla, ale było to w latach 70. i później. Co ciekawe, wzrost wydobycia w tamtych czasach powiązany był z kryzysem paliwowym, który przypominał ten obecny – chodziło o wojnę arabsko-izraelską i ograniczenie eksportu ropy do państw rozwiniętych. Dzisiaj retoryka suwerenności może grać na tamtych wspomnieniach i odwoływać się do wciąż obecnego w Polsce poczucia, że jesteśmy krajem, którego gospodarka oparta jest na węglu kamiennym. Do tych wspomnień nawiązuje dzisiaj Karol Nawrocki, wcześniej Andrzej Duda i cały obóz zjednoczonej prawicy, konfederacja oraz związki zawodowe, w tym szczególnie „Solidarność”.

Strona rządowa, jak każdy inny poprzedni rząd, boi się górniczych związków zawodowych, a do tego retorykę suwerenności stosuje zdecydowanie rzadziej. Szkoda, bo to zaprzepaściło szansę na komunikowanie celu Zielonego Ładu, jakim jest dostarczenie taniej i stabilnej energii „dla wszystkich Europejczyków”. Chodzi o produkcję energii z OZE i elektryfikację gospodarek europejskich. Tylko że jakimś sposobem w Polsce nigdy ta sprawa wyraźnie nie wybrzmiała, natomiast generowane są lęki, że więcej OZE to zagrożenie i fanaberie w rodzaju „oze-sroze”. Mimo że OZE i elektryfikacja energetyki, a teraz też transportu wiąże się ze wzrostem suwerenności energetycznej i odporności, to jednak wciąż wybrzmiewa zupełnie inna melodia kojarząca się z niezależnością – wydobycie rodzimych paliw kopalnych i budowanie narodowej autarkii. Te dwa ostatnie elementy to nie fakty, ale myślenie życzeniowe. Strona rządowa z kolei nie wykorzystuje szansy. Z jednej strony mamy zatem dezinformację, z drugiej zaniechanie.

Na temat tendencyjności pytania referendalnego i teatralności politycznej tego zabiegu pisały już różne media i dziennikarze. Po protestach w Warszawie pod hasłem „razem dla Polski i Polaków” widzimy też jaką rolę w całym tym procesie odgrywa nie ochrona, czy nawet miłość do węgla, ile do suwerenności. Skandujący oprócz typowych haseł jak „precz z zielonym ładem” czy „zielony ład = głód” nosili też koszulki z napisem „kocham Polskę”.

Moim celem jest zatem analiza języka, w jakim komunikat do społeczeństwa, czyli krytyka Zielonego Ładu i ETS, został sformułowany. Karol Nawrocki nie ukrywa, że samo wezwanie do referendum to konsekwencja obietnicy złożonej związkowi zawodowemu „Solidarność”. Ten znany jest ze swojej krytyki polskiej transformacji energetycznej. W zawołaniu do związkowców pisze wprost, że sprzeciwia się „interwencjonizmowi”: „Protest jest organizowany przeciwko rosnącemu w Unii Europejskiej interwencjonizmowi, który przybrał postać Zielonego Ładu, czyli ograniczenia produkcji w imię walki o ochronę natury i w trosce o Klimat”. Związek niejednokrotnie jawnie krytykował UE nazywając ją „kołchozem” i odegrał istotną rolę w konflikcie polsko-czeskim w sprawie odkrywki Turów. Na tym przykładzie można oddać retorykę suwerenności zarówno w kwestii zasobów, jak i wpływu na decyzje polityczne. Solidarność twierdziła, że węgiel brunatny jest tani, nasz, a wszelka krytyka działania odkrywki Turów to działania antypolskie, podjęte przez „reżym brukselski” itp. W efekcie od lat w Turowie trwa stagnacja, transformacja dzieje się w sposób nieskoordynowany. Nie bez powodu w protestach za ochroną Turowa pojawia się „Ruch Obrony Granic”.

Prezydent Nawrocki wypełniając przyrzeczenie dane „Solidarności” opowiada się zatem za polskim węglem, którego dalsze spalanie ma obniżyć rachunki za prąd i ogrzewanie. Jeszcze na etapie kampanii wyborczej „niezależny” kandydat mówił: „węgiel to nasze czarne złoto, które należy fedrować, wydobywać i rozwijać Rzeczpospolitą Polską”, zaznaczał, że górnictwo jest „konsekwentnie niszczone przez obcą ideologię”. Obecnie jego doradcy twierdzą, że Polska za ETS „płaci”, że „wydaje pieniądze” – tak jakby te pieniądze lądowały w jakimś mitycznym skarbcu poza naszym krajem. Według prezydenta ETS został Polsce narzucony, co oddają słowa: „Decyzja zapadła ponad głowami narodu, naród teraz może się wypowiedzieć czy chce wyższych cen energii”. Odejście od ETS to dla Nawrockiego i innych polityków prawicy przejaw naszej suwerenności, samostanowienia, szansa dla rodzimego węgla, ale też środek obrony polskiego przemysłu oraz rolnictwa czy nawet granic.

Prezydent nie tylko walczy o suwerenność, ale jak sam twierdzi: „prawdziwa ekologia jest mi bliska, ponieważ opiera się na wartościach chrześcijańskich”. ETS ma być wręcz rodzajem spisku, aby pozbyć się z Europy węgla i przemysłu, a nawet rolnictwa. Dlatego zdaniem prezydenta wyjście z ETS oznaczać będzie, że Polacy odzyskują sprawczość, bo „po pierwsze Polska, po pierwsze Polacy”. Wyjście z ETS nie tylko pozwoli „odzyskać” Polskę, ale też „normalność” – te hasła pojawiają się też na sztandarach skrajnie prawicowej partii niemieckiej AfD („Deutschland. Aber normal”). Narracja wobec ETS jest z resztą podobna – mówi o zagrożeniu dla zdrowego rozsądku i o ideologii klimatycznej narzuconej przez Brukselę.

Formatowanie sprzeciwu wobec polityki klimatycznej za pomocą pojęcia suwerenności można uznać za dezinformację, ponieważ podkreślane jest coś, co de facto nie istnieje – Polska od lat nie korzysta w energetyce wyłącznie z węgla. Mamy miks energetyczny, który od lat przyjmuje trend zwiększania udziału OZE. Ceny energii z kolei rosną nie przez brak węgla, ale przez wysoki import paliw kopalnych, w tym nawet węgla kamiennego. Widać to na rynku paliwa lotniczego oraz w sektorze magazynowania gazu – to wszystko może się odbić na zawartości polskich portfeli. Narracja z użyciem suwerenności trafia jednak na podatny grunt, ponieważ sporo osób może pamiętać jeszcze czasy, kiedy udział węgla w energetyce czy ciepłownictwie był zasadniczy. Z kolei jeżeli chodzi o ETS 2, który dotyczyć będzie też ciepła oraz transportu, to wzrost cen jest także związany z importem gazu i ropy – a tych potrzebuje też rolnictwo. Nawet jeżeli Polska „wyszłaby” z ETS i zatrzymałaby transformację zmierzającą do elektryfikacji, musiałaby importować paliwa, które w wyniku konfliktów geopolitycznych narażają nas na wysokie ceny i zależność od innych.

W odróżnieniu od bloku prawicowo-konserwatywnego, partie centrowe, w tym rząd Donalda Tuska zdecydowanie rzadziej używały argumentu suwerenności w kontekście polityki klimatycznej. Można nawet powiedzieć, że komunikowanie tej kwestii było dla nich trudne lub problematyczne. Mogło to wynikać z lęku przed górniczymi związkami zawodowymi. Poza tym uzasadnianie wyzwań transformacyjnych wyłącznie troską o klimat czy przyrodę, zawsze było problematyczne, ponieważ można było odnieść wrażenie, że ludzki, a już na pewno polski interes w tym wszystkim się gubi.

Koalicja Obywatelska w zapowiedziach obiecywała rozwój OZE, ale nigdy nie potrafiła tego uzasadnić w kontekście, który trafiałby do serc ludzi w Polsce. Wybuch wojny w Ukrainie czy wcześniej pandemii Covid-19 nie zostały wykorzystane jako argument za skracaniem łańcuchów dostaw w ogóle. Po wygranej, rząd nie spełnił też obietnic związanych z przeznaczeniem środków z handlu emisjami na ocieplanie domów, magazyny energii czy transport publiczny. Wcześniej politycy Koalicji wytykali tę kwestię rządowi Zjednoczonej Prawicy, mówiono, że przejadane były dziesiątki miliardów złotych.

Coś, co uruchamiało prawicowe i populistyczne partie w całej Europie, czyli wysokie ceny energii nie zostało ograne tak, aby społeczeństwo „połączyło kropki” i zobaczyło, że Europa w tym Polska importuje znaczną część paliw, w tym węgla. Rząd zamiast proaktywnie wejść do komunikacyjnej gry, unikał tematu, niestety porzucając odpowiedzialność za transformację energetyczną, a przykładem znowu może być Turów. Od kilku lat polskie organizacje pozarządowe apelują do premiera, aby zajął się opracowaniem harmonogramu wcześniejszego zamknięcia kompleksu. Sądzę, że unikał tego także z powodów suwerennościowych – osoby, które wierzyły, że Turów może pracować do 2044 r. nazywały ten kompleks symbolem Polski, obiektem poddanym obcym atakom itp. To pokazuje, do jakiego stopnia suwerenność gra rolę w dyskusji o transformacji i że została przejęta przez obóz prawicowy, przy oddaniu pola przez partie centrowe.

W ostatnim czasie retoryka rządu się zmieniła. Zaryzykuję tezę, że wpływ na to miała dopiero blokada cieśniny Ormuz. Nie oznacza to, że sytuacja ta została wykorzystana od razu. Minęło trochę czasu, zanim rząd zaczął mówić o OZE i elektryfikacji, jako suwerenności. Być może rząd odpowiedział też na słowa Przemysława Czarnka, ponieważ w narracji premiera ten kontekst się pojawia. Premier Tusk powiedział: „Jeśli chodzi o tak zwane OZE-sroze, to cytat kolejny z naszych oponentów, to chcę państwu uzmysłowić, wszystkim sceptykom, że OZE, tak poza wszystkim, to jest najbardziej suwerenne źródło energii dla Polski. My ropy nie wydobędziemy z polskich złóż. Ropa będzie zawsze albo rosyjska, albo arabska i wojna w Iranie pokazuje bardzo wyraźnie, jak groźne może być uzależnienie od zewnętrznych dostaw energii”. W innym wywiadzie miał z kolei powiedzieć, że OZE: To jest kwestia naszej prawdziwej suwerenności”. 

Ta retoryka to dobry znak, ale inne ruchy rządu mogą jednak przekaz zagłuszać swoim niezdecydowaniem. O ile zmieniała się narracja związana z OZE, to sam proces transformacji wciąż jest zagadnieniem osieroconym. Podejmowane są też działania przeczące sympatii dla OZE. Rząd nadal zamierza dopłacać olbrzymie kwoty do nierentownych kopalń. W 2026 r. ta kwota ma wynieść 5,5 mld złotych. Na dodatek rząd kontynuuje wątpliwą politykę rządu prawicy odnośnie inwestycji w energetykę gazową, co w połączeniu ze zbyt wolnym rozwojem OZE może skutkować dużym wzrostem importu gazu i wysokimi cenami energii. Poza tym, widzimy sprzeczność w postawie wobec ETS – wciąż trwa krytyka i stosuje się język dosyć populistyczny. Mowa jest o „walce” z ETS, o „reżymie klimatycznym”, tymczasem można by było w końcu wytłumaczyć ludziom skąd mają pochodzić środki na transformację.

Mało mowy jest też o Społecznym Funduszu Klimatycznym (SFK), którego budżet wynosi 65 mld euro: „W ramach Funduszu przewidziano mechanizmy kompensacyjne, które pozwolą gospodarstwom domowym, użytkownikom transportu i mikroprzedsiębiorcom dotkniętym lub zagrożonym ubóstwem energetycznym i transportowym na dostosowanie się do nowych warunków na rynku energii”. Kiedy wybuchł konflikt geopolityczny, nie pojawiły się zachęty do oszczędzania ropy czy innych paliw, nie rozmawiano jak zarządzać środkami na transformację, nie komunikowano istnienia SFK, ale został wprowadzony program CPN – obniżenie VAT i akcyzy na paliwa.

Jesteśmy w momencie, kiedy można by komunikacyjnie połączyć sprawę suwerenności ze sprawczością, z odważnymi decyzjami, które są konieczne w czasie przełomu. Rząd powinien postawić na kampanię komunikacyjną idąc tropem swoich politycznych przeciwników, którzy nie tak dawno zalali Polskę tzw. „kampanią żarówkową”. Rząd potrafi to robić, bo swego czasu w telewizji i na bilbordach reklamowana była elektrownia jądrowa tak intensywnie, że społeczeństwo mogło uwierzyć, że ona już produkuje prąd, chociaż wtedy nie wycięto nawet lasu pod jej budowę. Oporność komunikacyjna i oddawanie pola suwerennościowego dziwi, bo rząd mógłby sprytnie wejść w retorykę, która kojarzona jest z prawicą, a przecież jest sprawą ważną dla całego społeczeństwa. Niestety, oprócz niemrawej transformacji, brak skutecznej komunikacji transformacji energetycznej pociąga za sobą dezinformację. Jej skutki mogą być nieprzewidywalne. Wiemy, że referendum się nie odbędzie, ale w głowach zostało zasiane ziarno niepewności i nieufności, a to pierwszy krok właśnie do dezinformacji.


Autorka: Hanna Schudy