Projekt nowelizacji Prawa energetycznego, znany jako „ustawa sieciowa” (UC84), miał posprzątać rynek i uwolnić moce przyłączeniowe. Zdaniem branży odnawialnych źródeł energii może jednak przynieść efekt odwrotny od zamierzonego. Polska Izba Gospodarcza Energetyki Odnawialnej i Rozproszonej (PIGEOR) alarmuje, że w obecnym kształcie przepisy mogą zahamować inwestycje warte dziesiątki miliardów złotych.
Przedstawiciele sektora OZE przyznają, że w trakcie prac legislacyjnych widać większą otwartość administracji na dialog z rynkiem. Jednocześnie podkreślają, że bez istotnych korekt projekt UC84 może doprowadzić do trwałych zaburzeń w rozwoju odnawialnej energetyki w Polsce, uderzając przede wszystkim w krajowe małe i średnie przedsiębiorstwa.
Porządkowanie rynku? Branża mówi „tak”, ale nie za wszelką cenę
Celem projektowanej ustawy jest eliminacja tzw. „projektów zombie”, czyli inwestycji, które od lat blokują moce przyłączeniowe, nie będąc realnie realizowanymi. Ten kierunek zmian spotyka się z aprobatą branży. Zdaniem PIGEOR problemem są jednak metody, jakie ustawodawca chce zastosować.
Jak wskazuje Izba, nowe regulacje mogą objąć również projekty, które są rozwijane od lat, posiadają ważne umowy przyłączeniowe i poniosły znaczne koszty przygotowawcze. W efekcie inwestorzy mogą stracić środki zainwestowane zgodnie z dotychczasowym prawem — wyłącznie z powodu zmiany przepisów.
Terminy nie do spełnienia
Najwięcej wątpliwości budzą przepisy przejściowe, które uzależniają utrzymanie warunków przyłączenia od uzyskania pozwolenia na budowę w ściśle określonych terminach — 24 miesiące w przypadku fotowoltaiki i 36 miesięcy dla energetyki wiatrowej, liczonych od momentu wejścia ustawy w życie.
Dodatkowym warunkiem jest istnienie miejscowego planu zagospodarowania przestrzennego lub jego szybkie uchwalenie. W praktyce — jak podkreśla branża — oznacza to uzależnienie losu inwestycji od tempa pracy samorządów.
— Inwestorzy nie mają realnego wpływu na długość procedur planistycznych i środowiskowych. Przerzucanie na nich odpowiedzialności za opóźnienia administracyjne podważa stabilność systemu prawnego — wskazuje dr Ewa Krasuska, dyrektor generalna PIGEOR.
Ryzyko dla kapitału i miejsc pracy
Zdaniem Izby konsekwencje nowych regulacji mogą być bardzo poważne. W grę wchodzi zamrożenie projektów, które w krótkim czasie mogłyby wejść w fazę realizacji i zwiększyć krajową produkcję energii. Branża ostrzega również przed utratą tysięcy miejsc pracy oraz zahamowaniem rozwoju krajowego zaplecza wykonawczego.
— Stawką są nie tylko pojedyncze inwestycje, ale wiarygodność Polski jako rynku dla długoterminowego kapitału — podkreślają przedstawiciele sektora OZE.
Jakie zmiany postulują eksperci?
Branża zaleca dodanie kamieni milowych z umowy przyłączeniowej (decyzja środowiskowa, pozwolenie na budowę oraz gotowość do podania napięcia). Jeśli inwestor nie wywiąże się z dowolnego z nich, powinno to dać operatorowi możliwość rozwiązania umowy. Jak mówią, pozwoliłoby to „wyciąć wampiry z projektu”.
PIGEOR deklaruje gotowość do dalszej współpracy przy pracach legislacyjnych, wskazując jednocześnie obszary wymagające pilnej korekty. Wśród kluczowych postulatów znajdują się:
- zachowanie stabilności prawnej dla istniejących projektów i ochrona praw nabytych,
- dostosowanie terminów ustawowych do realiów administracyjnych,
- jasne oddzielenie projektów spekulacyjnych od inwestycji faktycznie rozwijanych.
„Janosikowe akcje” zagrażają portfelom wszystkich Polaków
Według Izby tylko takie podejście pozwoli jednocześnie odblokować sieci elektroenergetyczne, zabezpieczyć interes inwestorów i utrzymać tempo transformacji energetycznej.
W imieniu ponad 600 firm z branży OZE, reprezentujących większość rynku odnawialnej energetyki w kraju, Izba skierowała list otwarty do Premiera Donalda Tuska list otwarty w sprawie projektu ustawy sieciowej UC84.
„Ostrzegamy wprost: projekt w obecnym kształcie uderza w bezpieczeństwo energetyczne państwa i doprowadzi do wzrostu cen energii” – czytamy w liście. To nie jest problem „branżowy”. To problem, który dotyczy każdego odbiorcy energii w Polsce – dodają sygnatariusze.
Dodatkowo sześć organizacji wystosowało w tej sprawie pismo do marszałka sejmu, do klubów parlamentarnych a także do przewodniczących wybranych komisji sejmowych.
Radosław Gawlik, prezes Stowarzyszenia Ekologicznego EKO-UNIA, były wiceminister ochrony środowiska w rządzie Jerzego Buzka, mówi: – Jest zgoda co do istnienia pewnej grupy firm spekulujących papierami-umowami przyłączeniowymi. Rząd nie potrafi wyłuskać i skierować legislacji porządkującej przyłączenia do sieci wobec tej właśnie grupy. Co robi? Uderza tymi przepisami we wszystkich. Mamy nagłe podwojeniem opłat i pozbawienia umów wszystkich. Też tych, którzy chcą montować fotowoltaikę, budować elektrownie wiatrowe, czy biogazowe – i rzetelnie policzyli inwestycję oraz opłacili wydane przez państwo zgody.
– Takie „Janosikowe akcje” nie budują zaufania do państwa. To jest podobne do zbiorowej odpowiedzialności za spekulacje jakiejś mniejszościowej grupy – apeluje.
Transformacja spowolni
Czym grożą te zmiany wyjaśnia Paweł Konieczny, prezes zarządu R.Power Development: – Wprowadzenie zmian w proponowanym kształcie będzie niosło ze sobą szereg negatywnych konsekwencji. Po pierwsze dla branży, która pomimo różnych utrudnień regulacyjnych nadal dynamicznie się rozwija, zmiany mogą spowodować, że część małych i średnich polskich firm upadnie, bo nie będą w stanie zaangażować tak dużych kwot na zaliczki i zabezpieczenia, jakie ma wprowadzić projekt ustawy.
Po drugie – wbrew narracji części zwolenników ustawy – przekonuje, że transformacja energetyczna Polski spowolni. – Skoro są podmioty, które obecnie nie mogą otrzymać warunków przyłączenia z uwagi na zablokowaną sieć, oznacza to, że dotychczas nie działały sprawnie, bo dłużej przygotowywały swoje projekty, niż konkurencja. I ciężko oczekiwać, że nagle staną się bardziej efektywne w swoich działaniach. No i wreszcie skutek najpoważniejszy: finalnie zwiększy się w Polsce cena energii – zauważa Konieczny.
Pytany, czego oczekuje od decydentów, tłumaczy: – Przede wszystkim zasady, że projekty, które już są na zaawansowanym etapie (czyli został złożony wniosek o warunki przyłączenia, a w szczególności warunki te zostały już przez operatora wydane) nie zostaną objęte wprowadzanymi obecnie dodatkowymi obciążeniami finansowymi. Innymi słowy oczekujemy, aby prawo nie działało wstecz, a prawa nabyte w postaci otrzymanych warunków przyłączenia były chronione. Jest to rzecz podstawowa, bo zdaniem prawników analizujących projekt ustawy nosi ona w tym aspekcie cechy niekonstytucyjności.
Branża: „Za wszystko muszą zapłacić odbiorcy”
Henryk Kaliś, Prezes Izby Energetyki Przemysłowej i Odbiorców Energii (IEPiOE), odnosi się do UC-84 w jeszcze szerszym kontekście. – Jeśli odbiorcy przemysłowi będą mieli magazyny energii, to będą mogli robić to, na czym im najbardziej zależy; zmniejszać koszty jej zakupu zużywając ją, gdy w systemie jest jej nadmiar. Dzięki temu źródła odnawialne będą mogły produkować więcej i dzięki temu mniej energii będzie się marnować. Chyba się zgadzamy co do tego, że nie po to budujemy elektrownie i wydajemy mnóstwo pieniędzy odbiorców, żeby później tej energii nie produkować?
Podkreśla, że „za wszystko muszą zapłacić odbiorcy”. Dodaje, że instalacjom, które są redysponowane, należy później i tak zapłacić odszkodowania za niewyprodukowaną energię, oraz pokryć utracone przychody wynikające z funkcjonujących systemów wsparcia.
O co toczy się walka? – UC84 zawiera zapisy, które zmieniają zasady i terminy pobierania opłat za przyłączenie, generując ryzyko ich utraty w efekcie przedłużających się procesów inwestycyjnych.
– Branża OZE wie, że procesy te trwają w Polsce zbyt długo, dotyczy to głównie uzyskiwania pozwoleń na budowę. Ich niezależne od inwestorów przedłużanie będzie powodowało, że wniesionych opłat nie da się później odzyskać – mówi Kaliś.
Co sądzą o tym odbiorcy przemysłowi?
– To jest tak, że tzw. instalację „zombie” blokowały dotąd możliwości przyłączeniowe w Krajowym Systemie Elektroenergetycznym. Intencją autorów tej regulacji było między innymi wyeliminowanie ich z obrotu gospodarczego. Przechodząc do tego, czego oczekują odbiorcy przemysłowi – my jesteśmy zainteresowani najtańszą możliwą technologią produkcji energii elektrycznej, a taką technologią są na dziś elektrownie wiatrowe lokowane na lądzie – przekonuje Kaliś.
Koszt energii z takiej elektrowni może wynosić między 300 a 400 zł do 1 MWh w zależności od charakteru projektu i jego lokalizacji. – Na dzień dzisiejszy nie można tego z niczym porównać. Jesteśmy więc za swobodą rozwoju dla tej technologii.
Przypomina przy tym (anty)wiatrakowe weto prezydenta Karola Nawrockiego. – W naszej ocenie decyzje o lokowaniu elektrowni wiatrowych powinny być podejmowane w porozumieniu pomiędzy administracja lokalną, lokalnymi społecznościami i inwestorami. Jeśli takie porozumienie jest, obie strony tego chcą i są lokalne warunki, które umożliwiają wybudowanie tych wiatraków, to przepraszam, ale co Panu Prezydentowi do tego?
Technologia wiatrowa ma się ich zdaniem rozwijać.
– Wprowadzamy ograniczenia dla pewnego kierunku rozwoju, a weto i brak przeprowadzenia tych regulacji spowoduje, że zostaniemy przy tych regulacjach, które obowiązują dotąd. Powtórzę jeszcze raz, że akurat odbiorcy przemysłowi od lat postulowali, żeby ta technologia się rozwijała. Powiem więcej – my byśmy chcieli budować te wiatraki na swoich terenach.
Przyznaje, że obszarów mają dużo. – Przez parę lat staraliśmy się usunąć wszelkie bariery w lokowaniu właśnie elektrowni wiatrowych, ale mamy świadomość, że nie jesteśmy jedynymi gospodarzami na całym terenie, że musimy się dogadywać z gminami, z administracją lokalną i z ludźmi, którzy tam mieszkają. Tak też chcemy robić, ale jeśli takie porozumienie już będzie, to nie chcielibyśmy, by Warszawa decydowała o tym, czy my ten wiatrak wybudujemy czy nie – postuluje prezes IEPiOE.
