Od lat panuje w Polsce poczucie, że transformacja energetyczna jest nam narzucona z zewnątrz. Wrażenie to wzmacniają doniesienia, że np. Niemcy właśnie poszerzają odkrywkę Nochten, a Czesi wciąż mają wątpliwości odnośnie infrastruktury, która miała zmniejszyć oddziaływanie odkrywki Turów na ich kraj.
Wobec tego może być przydatna analiza sytuacji – czy rzeczywiście Niemcy i Czesi uwzięli się na kopalni, a sami wydobywają węgiel na potęgę? Kto szkodzi polskim regionom węglowym?
Czesi dostali od nas wsparcie i wciąż nie ufają Polsce?
Od czasu konfliktu polsko-czeskiego w regionie Bogatyni utrwaliło się poczucie, że Turów przeszkadza Czechom, chociaż sami wydobywają węgiel brunatny, a w przeszłości właśnie dla węgla zniszczyli jedno z najpiękniejszych miast – Most w Kraju usteckim w północnych Czechach. Przypomnijmy, że do konfliktu polsko-czeskiego w TSUE w 2021 r. nie musiało dojść. W efekcie zapłaciliśmy przynajmniej dwa razy – UE oraz Czechom.
Tymczasem właśnie teraz, po latach „inwestycji”, które Polska zrobiła na rzecz Czechów, nasi sąsiedzi krytycznie oceniają powstałą infrastrukturę. Minister środowiska Czech Petr Hladík zwrócił się właśnie do naszego ministerstwa z prośbą o plany hydrogeologiczne. Odbudowa zasobów wód podziemnych będzie przecież trwać lata, a my jako Polska będziemy musieli za to płacić. Może się okazać, że będziemy utrzymywać infrastrukturę przeciw hałasowi, przeciw pyleniu oraz ścianę szczelinującą zapobiegającą odpływowi wody długo po tym, jak kopalnia Turów przestanie działać.
Tuż obok tej infrastruktury, przy samej granicy z Czechami w polskiej wsi Opolno-Zdrój od lat nie prowadzi się inwestycji – według planów, część miejscowości ma zostać zniszczona na potrzeby odkrywki. Zamykana jest szkoła, likwidowany jest DPS. Rozgoryczenie może budzić codzienna obserwacja wsparcia dla Czechów, przy porzuceniu potrzeb własnych rodaków.
Niemcy rozbudowują odkrywki, a nas krytykują. Hipokryzja?
Czechy to nie jedyny kierunek, z którego płynie krytyka pod adresem Turowa. Niemieckie miasto Zittau nieopodal Bogatyni także skarży się na negatywne skutki działania kopalni. Są to problemy z wodą oraz z osiadaniem gruntu. Od lat trwają procesy sądowe, ale jak na razie bez przełomu.
Uwagi Niemców, podobnie jak Czechów, odbierane są w Bogatyni z przymrużeniem oka – bo oni przecież też wydobywają węgiel, a do tego niemiecki koncern węgla brunatnego LEAG i czeski EPH są powiązane. Powstała nawet lokalna legenda, że Czesi i Niemcy dlatego chcą zamknięcia kopalni należącej do PGE, aby spalać swój własny węgiel w elektrowni Turów – przecież węgiel brunatny jest w Niemczech wciąż wydobywany.
W zasadzie cała ściana wschodnia Niemiec pełna jest kopalni odkrywkowych czy jezior powyrobiskowych. Wydobycie trwa w najlepsze, a teraz jeszcze media donoszą, że w 2025 r. koncern LEAG zaczął równać z ziemią wieś Mühlrose obok odkrywki Nochten w Saksonii. Do tego z początkiem 2026 r. wycięto las, który stał się lokalnym symbolem protestów antyodkrywkowych. Uwagi i protesty dotarły aż do Federalnego Trybunału Konstytucyjnego w Karlsruhe. FTK zezwolił na wywłaszczenie półhektarowego lasu 30 grudnia 2025, a już 2 stycznia 2026 rozpoczęła się wycinka.
Rozszerzenia kopalni Nochten nie można jednak nazwać budową nowej odkrywki, ale powiększeniem wyrobiska, w ramach tej samej koncesji. Fakt, że o sprawie zrobiło się głośno wynika z tego, że część lokalnej społeczności – głównie mniejszości serbołużyckiej – protestowała i podnosiła, że niszczenie wsi i lasu wydaje się kontrowersyjne, ponieważ istnieją przesłanki, że znajdujący się obecnie pod ziemią węgiel nigdy nie zostanie spalony, a nawet jeżeli, to potrwa to zaledwie kulka lat. W Niemczech planowane odejście od spalania węgla ma nastąpić do 2038 r.
W tej sprawie w Polsce wiadomo głównie o protestach, ale mało kto mówi, że w większości przesiedleńcy ze wsi Mühlrose pogodzili się z przeprowadzką, ponieważ dostali bardzo dobre odszkodowania. Do tego wieś przeniesiono i odbudowano, ludzie pobudowali sobie nowe domy ok. 7 km od poprzedniego miejsca. Przeżywają przesiedlenie, ale de facto przeniosą się do innej miejscowości w tej samej gminie, do całkiem nowych domów, i to z dala od wyrobiska.
Protesty w Niemczech – ludzie widzą nieścisłości
Różnica między Turowem a innymi terenami odkrywkowymi polega na tym, że społeczeństwo regionu Bogatyni jakby godziło się na bezczynność władz, w zasadzie nie protestuje. Kiedy jeszcze niedawno w Wielkopolsce czy Złoczewie w woj. łódzkim planowano nowe odkrywki, protestowali mieszkańcy, rolnicy, przedsiębiorcy. To legitymizowało te protesty – nie można było po prostu powiedzieć, że krytycy to obcy ludzie, czy jacyś przywiezieni aktywiści.
Poza tym, gdyby powstały odkrywki Ościsłowo, Gubin lub Złoczew, wszystkie problemy typowe dla górnictwa węgla brunatnego musieliby znosić nasi rodacy. Tymczasem w Bogatyni kopalnia przynosiła przez pewien czas same zyski Polakom, problemy mieli inni, ale obcy – nasi sąsiedzi Czesi i Niemcy. Bogatynia przez długi czas była tak bogatą gminą, że musiała płacić tzw. janosikowe. Przez lata panowało poczucie, że bogactwo potrwa przynajmniej do 2044 r., co wcale nie przekładało się na planowanie inwestycji na czas, kiedy będzie już po wydobyciu. Głosy krytyczne wobec unikania tematu transformacji czy bezczynności były wycinane, a osoby które ośmieliły się je wypowiedzieć stygmatyzowane. Mówiono, że ci, którzy krytykują pochodzą z zewnątrz i że zamiast zrozumieć, to „wbijają kij w mrowisko”.
W Niemczech, podobnie jak m.in. w Wielkopolsce, od lat protestowali właśnie mieszkańcy – także dlatego, że regiony te nie są monokulturami przemysłowymi i nie wszyscy pracują w górnictwie. W Bogatyni i okolicach koncern PGE przez lata uchodził za dobrego patrona, żywiciela i gwaranta na dobrą przyszłość, kopalnia i elektrownia cieszyły się bezgraniczną lojalnością. Dlatego tak odmienne wydaje się to, że np. koncern LEAG w Saksonii czy Brandenburgii doczekał się nawet spektaklu teatralnego na swój temat – i nie była to bynajmniej laurka. Spektakl „Kraftwerk” opowiadał m.in. o niszczeniu dziedzictwa, o suszy, o korupcji, także w kontekście koncernu LEAG, mimo że przedsiębiorstwo należy do patronów tej instytucji kultury.
Na początku 2026 lokalna saksońska prasa informowała, że niektóre jednostki wytwórcze należące do koncernu LEAG na terenie niemieckich Łużyc mają przestoje. Przykładem np. blok A w elektrowni Jänschwalde. Lokalna organizacja GRÜNE LIGA mówiła wcześniej, że bloki elektrowni Jänschwalde były wyłączone przez całe lato. Sam prezes LEAG Adolf Rösch oświadczył we wrześniu w gazecie Lausitzer Rundschau: „Nasza działalność związana z elektrowniami węglowymi staje się coraz bardziej sezonowa”.
Z danych na Energy-Charts.info także widać, że udział węgla brunatnego w miksie energetycznym jest coraz mniejsza. 12 stycznia z kolei pojawiła się informacja o prawdopodobnej zmianie planu eksploatacji kopalni odkrywkowej Reichwalde. Dlatego właśnie mieszkańcy obawiają się, że niszczenie lasu czy miejscowości w imię działania „zgodnie z planem” jest nieuzasadnione.
W Polsce planu transformacji brak, nikt nie protestuje
W grudniu 2025 r. protestowali górnicy kopalni Silesia, chcący utrzymania miejsc pracy. Można powiedzieć, że akcja zakończyła się dla nich kompromisem. Ale od tego czasu temat jakby ucichł, o transformacji znowu nikt nie mówi. Pod koniec 2025 r. kobiety z regionu Turowa dziwiły się, że w sprawie transformacji trwa zmowa milczenia. Wielu wciąż liczy, że do wcześniejszego zamknięcia kopalni nie dojdzie. Tymczasem od lat nawet znaki na niebie mówiły coś innego – gołym okiem było widać, że nowy blok elektrowni Turów działa „sezonowo”. Pokazała to m.in. organizacja Greenpeace opierając się na danych pochodzących z Remit/Mar. W kopalni od lat spadało zatrudnienie. Ale to wcale nie oznaczało, że podejmowane były jakieś kroki w kierunku transformacji.

Turów to przykład skrajny, ale przecież także w skali całego kraju, trudno mówić o transformacji energetycznej, która postępuje zgodnie z planem. Te plany wciąż się zmieniają! W 2002 r. Kaja Gadowska napisała książkę o klientelizmie w polskim górnictwie i o tym jak proces ten patologizuje całe społeczeństwo, nie tylko regiony górnicze. Niestety jej diagnoza jest aktualna. W Polsce od lat górnictwo, także węgla brunatnego, to temat nie techniczny, ale symboliczny, wręcz mityczny.
Chyba dlatego ludzie pozostają bierni – bo wiedzą że górniczych związków zawodowych boi się każdy rząd. Już dzisiaj pojawiają się też głosy, że ofiarami tego ciągłego zamiatania problemu pod dywan będą sami górnicy, szczególnie ci pracujący na dole.
O Opolnie-Zdroju czy Wigancicach, obok Bogatyni, wielu już zapomniało, a może nawet nigdy nie słyszało. Kiedy mieszkańcy okolic przesiedlonej wsi Mühlrose w Niemczech protestują, aby nie demolować regionu bardziej niż to uzasadnione, w Opolnie pozostaje czekanie. Kiedy mieszkańcy Mühlrose powoli wprowadzają się do swoich nowych domów kilka kilometrów od starej wsi, w Opolnie ludzie nie wiedzą nawet czy do poszerzenia odkrywki dojdzie. Wraz z upływem czasu wartość nieruchomości maleje. Budynki komunalne są w opłakanym stanie. Nawet jeżeli dojdzie kiedyś do wysiedleń, to ludzie mogą zostać z niczym.
Tym bardziej zdumiewa, że w regionie dopiero zaczyna się mówić, że czas zacząć coś planować. Rozmowa formułowana jest jednak wciąż w trybie przypuszczającym i w czasie przyszłym. Ta niepewność generuje straty, ponieważ oprócz braku inwestycji, zachowane, zabytkowe obiekty nie mogą liczyć na ochronę. Konserwator od lat wstrzymuje wpis do rejestru zabytków, mimo przegranych procesów sądowych. Widać powoli nerwowe ruchy, rozczarowanie, niektórzy nawet zaczynają mówić, że kopalnia i elektrownia powoduje też straty środowiskowe, a nie tylko zajmuje się ochroną środowiska (SIC!).
Może to wszystko szokować, ale chyba nie powinno dłużej dziwić, że wobec powyższego mieszkańcy winią za swoje problemy Niemców i Czechów czy „przewiezionych aktywistów”. Trudno bowiem żyć ze świadomością, że źródłem twoich problemów jest najbliższa ci osoba.
